Nie ma nic bardziej kreatywnego od wykreowania nowego życia
Od mojego porodu minęły już 2 lata. Jest to dobra perspektywa czasu, aby opowiedzieć o doświadczeniach ciąży, porodu i pierwszych miesięcy macierzyństwa z odpowiedniego dystansu. To najintensywniejszy okres mojego życia, w którym doświadczyłam wielu skrajnych emocji. Ten ogrom doświadczeń realnie wpłynął na przyśpieszenie rozwoju mojego życia na wielu płaszczyznach. Jak się okazało, spowodował także na wzrost kreatywności, czego pośrednim rezultatem jest ta strona i mój powrót do malarstwa. Dlatego niezmiernie ważne dla mnie jest, aby zamieścić tu moją historię. Trochę dla siebie, ale mam nadzieję też dla innych przyszłych i obecnych mam, które potrzebują wsparcia. Pamiętajcie, posiadamy niemalże boską moc stwarzania nowego życia! Ale jesteśmy też tylko ludźmi, z ogromem swoich życiowych traum i programów, które tylko czekają na dopadnięcie nas w chwilach kryzysów.
Czym jest poród lotosowy?
W skrócie to dość kontrowersyjna dla konwencjonalnej medycyny praktyka nieodcinania pępowiny i pozostawiania dziecka wraz z łożyskiem aż do naturalnego odpadnięcia pępowiny (co może potrwać około tygodnia). Pierwszym celem takiego zabiegu jest maksymalne przedłużenie dostarczania krwi do organizmu dziecka z jego własnego organu zewnętrznego, jakim jest łożysko. Tym samym dziecko nie jest zmuszane do pierwszego oddechu momentalnie po wyjściu z bezpiecznego środowiska brzucha mamy, lecz dostaje bufor czasu na adaptację do nowych warunków. Taki efekt można uzyskać też tzw. późnym odpępnieniem, czyli po paru godzinach. Czekanie do samoistnego odłączenia pępowiny ma jednak bardziej aspekt duchowy niż fizjologiczny. Osoby widzące energie, które zainteresowały się tym procesem, twierdzą, że czas odłączania od łożyska jest również czasem schodzenia duszy do ciała i wychodzenia pozostałych życiowych energii z łożyska. A pozostawiając ten proces fizjologi organizmu dziecka, metaforycznie przekazujemy mu również pełną sprawczość nad jego własnym rozpoczynającym się właśnie życiem. Inaczej niż ma to miejsce w pozbawionych uczuć i pełnym procedur szpitalach. Stamtąd większość matek wychodzi z traumą poporodową, a dzieci z traumatycznymi zapisami na sam start życia.

a my nie bardzo mieliśmy zasoby, żeby o tym pomyśleć.
Jak widać na załączonych obrazkach, taką właśnie formę porodu wybraliśmy dla nas i naszego dziecka, a o szczegółach tego jak wyglądało to u nas będzie więcej w ostatniej części artykułu — o początkach. Myślę jednak, że pojęcie lotosowego porodu można rozszerzyć do całego świadomego ”lotosowego” procesu trwającego od przygotowania do ciąży, przez poczęcie i ciążę aż do porodu i początków życia nowo narodzonego dziecka oraz matki. Czuję, że taki właśnie proces przeszłam. Świadomy, co nie znaczy łatwy i piękny. To znaczy głęboki i pełen kryzysów, czyli szans na rozwój.
Przygotowanie, czyli starter pack rodzicielstwa
Psychika oraz życiowe doświadczenia każdej kobiety są inne, tak więc różne są podejścia do tematu macierzyństwa. Ja jestem w stanie przedstawić jedynie swoją perspektywę, myślę, że dość odmienną od większości kobiet. W skrócie. Mam cudownego męża, który jednak unikał tematu ojcostwa, może dlatego, że jego ojciec nie bardzo się sprawdził w tej kwestii. A może dlatego, że nie lubi zmian i woli w życiu wygodę niż wyzwania. Ja mam wszystko na odwrót, brak zmian i wygoda w naszym życiu zaczynały mnie nużyć. Zaczęłam więc interesować się tematami świadomego rodzicielstwa. Równocześnie podjęłam kurację oczyszczającą moje ciało przez tym trudnym wyzwaniem, jak również chciałam dobrze przemyśleć swoją decyzję i poukładać sobie w głowie, na tyle na ile potrafiłam. Pierwszym impulsem do myślenia o macierzyństwie było znalezienie na YT Terapeutic mamy (w tamtym czasie będącej po trzecim porodzie domowym) i poznanie jej filozofii rozwoju duchowego poprzez bycie mamą. Kolejna była Marzanna Radziszewska szerząca idee totalnej biologii, której jednym z aspektów są choroby dzieci odzwierciedlające konflikty wewnętrzne matki. W międzyczasie zgłębiłam techniczne aspekty porodu domowego, bo inny nie wchodził dla mnie w grę, a także sposoby na ominięcie wszelakich zbędnych ingerencji medycznych w zdrowie mamy i dziecka. A cały proces zamknęły wykłady Edyty Adamczewskiej mówiącej właśnie o lotosowych narodzinach oraz warsztaty z rebozowania, czyli otulania mam. Wszystko to w czasie pięknego festiwalowego lata, którego zwieńczeniem było moje zajście w ciążę zaraz po wrześniowym festiwalu Kocham Cię w Byczynie. Nawet bardziej nasze zajście w ciążę, bo mąż został skutecznie przekonany, w końcu moc kobiecej perswazji jest nieoceniona. Tu swoją rolę odegrała również tajemnicza postać sarenki, która była inspiracją do powstałego później obrazu.

Siła przekonań
Na moje postrzeganie tematu macierzyństwa wpłynęły głównie postawy dwóch najbliższych mi kobiet — mamy i jej siostry. Moja mama to wielbicielka sloganów typu: “dzieci nigdy nie lubiłam, ale swoje od razu pokochałam” oraz “małe dzieci mały kłopot, tylko jedzą i śpią”. To drugie na podstawie tylko jednego dziecka, jakie miała, czyli mnie. Ciocia za to jest mamą dwóch chłopaków, którzy całe życie sprawiają wrażenie, że najchętniej by się pozabijali. W dodatku pierwszy dał popalić swoją żywiołowością całej rodzinie, przez co drugi na świat przyszedł mało planowany. Ciocia z gatunku matek polek oczywiście miała w życiu bardzo ciężko i najchętniej odradzałaby posiadania dzieci, a już na pewno nie więcej niż jednego. Mój pogląd, chociaż nie jestem do końca na ile tak naprawdę był mój, był mieszanką tych poglądów wraz z moimi doświadczeniami z dzieciństwa. Tak więc wiedziałam, że dziecko kiedyś chcę, bo przecież, mimo że za cudzymi nie przepadam, to swoje łatwo pokochać. A także, że najtrudniej to będzie mieć dwóch chłopaków, więc najlepiej jakby pierwsza była dziewczynka. Bo dwoje przynajmniej muszę mieć, co wynika z syndromu jedynaczki. Bałam się rozczarowania urodzeniem syna, także pierwsze co udało mi się przepracować i przestawić w głowie, to że dobrze będzie wychowywać mężczyznę. Pierwsze porody mamy i cioci były klasycznymi porodami szpitalnymi z czasów PRL-u, więc na moje opowieści o tym, jak może wyglądać poród, robiły tylko wielkie oczy. Z ciekawostek, ciocia doświadczyła poważnego krwotoku poporodowego, tak było i ze mną… Co do początków macierzyństwa i wiary w to, że nie będzie tak ciężko, karma doświadczyła mnie dotkliwie. A w kwestii syndromu jedynaczki, przepracowywanie tego tematu jest w toku.
Duchowy aspekt ciąży

Bardzo ważnym elementem już na etapie przygotowań, a szczególnie już w trakcie ciąży, było moje zainteresowanie duchowym aspektem całego procesu. Wierząc w reinkarnację i nieprzypadkowość naszych ziemskich relacji, bardzo interesowało mnie to, kto ma zamiar do nas przyjść. Z zafascynowaniem czytałam książkę „Dziecięce dusze” i ciągle o niej opowiadałam tym osobom, którym tylko mogłam. Ciekawa była również książka „Błogosławiony stan umysłu – bajki terapeutyczne dla kobiet w ciąży”. Moja ciąża oprócz lekarskiego „prowadzenia” była podglądana energetycznie przez naszą widzącą koleżankę Natalię, która wraz z mamą prowadzi gabinet Nostalgia w Krakowie. Opowiadała o zmianach energetycznych w czakrach, jakie zachodziły w trakcie trwania ciąży. Najbardziej pamiętam niebieskie energie emitowane przez czakrę serca, energetyczne złote jajo, w którym rozwijała się dzidzia (i nie wpuszczała do środka) oraz proces otwierania się czakry podstawy przed porodem tworzącej „czerwoną spódnicę”. Byłam również na warsztatach o tematyce ponownych narodzin oraz dwukrotnie na tańcu intuicyjnym, ale grupowe zajęcia wyzwalały we mnie dość trudne emocje. Razem z mężem nie raz medytowaliśmy, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o duszy dziecka. Do porodu bardzo przydały się moje praktyki oddechowe oraz łączenia się ze swoją czakrą serca. Z perspektywy czasu jednak uważam, że za bardzo odlecieliśmy w duchowe klimaty. To wszystko było piękne i przyjemne, ale wzniosło nas tak wysoko, że upadek w codzienność z noworodkiem, pełną wrzasków, braku snu i brudnych pieluch był wyjątkowo bolesny. Tak samo jednak można popłynąć, skupiając się na ładnych ciuszkach, ozdabianiu pokoiku i szykowaniu osobnego łóżeczka, co akurat raczej mnie nie dotyczyło.
Ciąża, czyli nawiązanie kontaktu z ciałem i emocjami

Wiadomo, że ciąża to czas niesamowitych zmian w ciele. To czas kiedy wychodzą nasze problemy z postrzeganiem własnego ciała, zaniedbania układu ruchu czy nawet zapomniane urazy. Dla mnie zajście w ciążę było jak przełącznik, który sprawił, że zyskałam nigdy wcześniej nieznaną motywację do ćwiczeń. I udało mi się osiągnąć coś, co zawsze wydawało mi się nieosiągalne. Już od pierwszych tygodni zaczęłam ćwiczyć, co nawet czasem sprawiało mi przyjemność. Może dlatego, że (szczególnie pod koniec ciąży) umożliwiało codzienne funkcjonowanie i dawało satysfakcję dbania o siebie i dziecko. Nigdy nie czułam się tak elastyczna i rozciągnięta, jak wtedy dzięki działaniu hormonów rozluźniających (relaksyna) oraz stosowania jogowo-ciążowych pozycji. Na koniec otrzymałam niesamowitą nagrodę. Po porodzie usłyszałam od położnej coś, czego nigdy bym o sobie nie powiedziała. Usłyszałam, że było widać po mnie w trakcie porodu, że mam bardzo dobry kontakt z ciałem, że świetnie umiałam go słuchać. Myślałam, że taki stan osiągają tylko zawodowi sportowcy czy wieloletni jogini. A jednak duże możliwości ciała, a świadomy kontakt z nim to dwie zupełnie inne rzeczy. Co ciekawe z porodu pamiętam głównie dwa rodzaje bólu. Czas wychodzenia główki, czyli “o, widzę, że mamy już ring of fire” rzucone przez drugą położną, która miała dotrzeć właśnie na drugą fazę porodu. Oraz uciążliwy ból kolan (mimo porodu w basenie), bo tylko pozycja na kolanach była dla mojego ciała dopuszczalna w trakcie partych.
Drugi istotny według mnie aspekt ciąży to pogłębiony wgląd we własne wnętrze. Szczególnie w pierwszej ciąży, gdy czasu jest zazwyczaj pod dostatkiem, nawiązanie świadomego kontaktu ze sobą powinno być według mnie nieuniknione. Najważniejszą lekcją, która spotkała mnie w czasie ciąży to uwierzenie we własną mądrość i intuicję. Wielokrotne spotkania z lekarzami uaktywniały moją potrzebę walki o własne zdanie i granice. Czułam się jak przysłowiowa lwica. Ponieważ sam stan ciąży oraz liczne procedury i badania były dla mnie nowością, to nie raz poddawałam logicznej analizie to, co mówią do mnie mądre głowy w fartuchach. Energia strachu jednak w ogóle do mnie nie przemawiała, dlatego niejednokrotnie utwierdzałam się w przekonaniu, że słuchanie własnej intuicji jest o wiele bliższe prawdy. Na tym polega według mnie świadoma ciąża. Jest wielu specjalistów oraz bliskich osób, które chcą doradzać i są święcie przekonani, że robią to dla dobra kobiety i dziecka. Matka jednak musi pamiętać, że to ona zna najlepiej swoje ciało i swoją psychikę. Wychodząc od tego, że jej mądrość jest najważniejsza, a inni to jedynie doradcy, może poczuć się pewnie i zaufać swoim decyzjom. Ta sama kwestia przedkłada się potem na decydowanie o dziecku, które jeszcze przez długi czas pozostaje niemal integralną częścią matki.
Aspekty medyczne

W trakcie ciąży zdarzały się komplikacje, o których też chciałabym mówić głośno. Ciąża to nie tylko piękne brzuszkowe zdjęcie na Instagramie. Trzeba pamiętać, że większość kobiet mniejsze lub większe kłopoty zdrowotne czy komplikacje przechodzi i warto podchodzić do nich z jak największym spokojem, nie pozwalając na zastraszanie przez lekarzy. Ja już na początkach miewałam lekkie krwawienia, które mój podstarzały ginekolog na nfz od razu chciał potraktować hormonami (tak zwanym przez nas dupastonem) z dodatkowym zakazem okazywania miłości sobie z mężem. Były pierwsze salwy płaczu i bunt, że ja żadnych leków brać nie będę, co było moją świadomą decyzją. Co ciekawe moja mama miała dokładnie tę samą sytuację w ciąży ze mną, leki takowe brała, a potem dowiedziała się, że to one również mogą powodować poronienia. Potem sytuacja się unormowała, lecz kolejne już tym razem silne krwawienie miałam po 12 tygodniu, czyli po czasie gdy większość osób oddycha z ulgą i powiadamia wszystkich o szczęśliwej ciąży. Byłam na SORze, zostałam wyjątkowo dobrze potraktowana i uspokojona. Dziecku nic się nie działo, a krwawienie prawdopodobnie pochodziło z mięśniaka. Następnie po przeprowadzce trafiłam na wyjątkowo strachliwą panią ginekolog, która bała się o mnie i dziecko ciągle, mimo że ja nie miałam żadnych obaw czy powodów do strachu. Jedna lekarka robiąca USG postraszyła mnie nisko położonym łożyskiem (prawidłowym jak na tamtejszy etap ciąży) i nieprawidłowościami w jego budowie. Inny lekarz w szpitalu uniwersyteckim wyśmiał poprzednią panią i stwierdził, że łożysko idealne i przy okazji dobitnie pokazał na usg, że moje podejrzenia co do płci dziecka są błędne. Do połowy ciąży bobas zwany Czarkiem zmienił więc imię na Marzena;). Moja strachliwa lekarka na chwilę odetchnęła z ulgą, że wszystko jest w porządku. Po czym poinformowałam ją o zamiarze porodu domowego. Prawie zeszła mi podczas wizyty na zawał, a potem powiedziała „Przecież to jest szczyt zacofania i średniowiecze!”. Wymieniłyśmy jedynie litościwe uśmiechy z jej położną z rejestracji, która wcześniej wyraziła szczerą aprobatę dla tej decyzji i kontynuowałyśmy to, o co chodziło w naszej relacji z lekarką. Czyli wypisywanie L4 oraz badań niezbędnych do kwalifikacji do porodu domowego. Przez ostatnie dwa miesiące przed porodem nie miałam już na szczęście potrzeby i nie musiałam spotykać się z żadnym lekarzem. Wręcz nie było możliwości, aby odwiedzić jakąkolwiek medyczną placówkę — tu „szczęśliwy” zbieg okoliczności przyniosły początki plandemii. Jednocześnie przeszłam pod troskliwą opiekę mojej położnej. Było jeszcze trochę paniki wywołanej rzekomym zapaleniem pęcherza, które dyskwalifikuje z porodu domowego. Na szczęście ostateczne wyniki wyszły w normie i dostałam zielone światło. Chociaż moja desperacja w strachu przed szpitalem była tak wielka, że byłam gotowa nawet na poród bez asysty. Niektóre kobiety z kręgów alternatywnych zachęcają do takiej praktyki, ale z reguły są już po swoich pierwszych porodach z asystą medyczną i wiedzą mniej więcej czego mogą się po swoim ciele spodziewać. U mnie taka decyzja mogłaby się źle skończyć, więc raczej nie polecam.
