Lotosowe narodziny – cz. 2 Poród

Ten wpis będzie zawierał opis ostatnich przygotowań oraz przebieg domowego porodu. Opieka nad nowo urodzonym lotoskiem oraz nasze rodzicielskie początki będą tematem kolejnej, ostatniej już części. Uprzedzam, że wrażliwym na fizjologię lub wrażliwym emocjonalnie może być ciężko czytać. 

Gdy zbliżał się poród

Większość mojego porodu była właśnie taka, jak miała być. Myślę, że dzięki intensywnym przygotowaniom. Czułam w ciele, jak stopniowo zbliża się rozwiązanie. Dziecko rozpychało się straszliwie, miałam potłuczone żebra od wewnątrz i czułam, jak ciągle odbija się główką tam na dole (niezapomniane wrażenia). Klasyczne obniżenie się brzucha miałam na półtora miesiąca przed faktycznym porodem, więc bliskie kobiety trochę zaczęły mnie straszyć wcześniejszym rozwiązaniem. Był to jednak sygnał do nieco dłużącej się ostatniej prostej. Brzuch był ogromny i jakiekolwiek poruszanie się umożliwiały mi jedynie regularne ćwiczenia jogi. Oraz wizyta u kochanej osteopatki pani Basi, która wytłumaczyła Marzence, że nie może trzymać głowy w prawym biodrze mamy. Nie mogłam sobie wyobrazić, jak kobiety dają radę bez dbania o kondycję ciała w takcie ciąży. 

Kwalifikacja do porodu domowego

Na 200% byłam przekonana, że mój poród odbędzie się w domu. Szczególnie że mój trzeci trymestr przypadł na czas światowego szaleństwa związanego z tajemniczym wirusem, więc pójście na poród do szpitala wiązałoby się z jeszcze większymi niż do tej pory absurdami, straszeniem i niezbyt mądrymi procedurami jak np. zakaz odwiedzin czy maseczka na czas porodu! Konsekwencje dla mnie były więc takie, że nieco bardziej stresowałam się poprawnością badań kwalifikacyjnych do domowego. A trzeba przyznać, że zrzeszone położne bardzo dbają o porządek w papierach, zarówno dla własnego bezpieczeństwa, jak i rodzącej. Nie ominęły mnie więc wielokrotne odwiedziny w punkcie pobrań.

Zacieśnianie partnerskich więzi

Dzięki sławnym pierwszym lockdownom przez miesiąc non stop miałam w domu męża, którego miejsce pracy zostało tymczasowo zamknięte. Bardzo żałowaliśmy, że nie przypadło to na czas poporodowy, ale dzięki temu mieliśmy bardzo dużo czasu na nacieszenie się sobą we dwoje. Co oczywiście mogliśmy docenić dopiero później, a na tamtą chwilę przekonaliśmy się, że rozstanie przez nadmiar wspólnego czasu nam nie grozi. Było dużo czasu na ćwiczenia, masaże, tańce, oglądanie filmów oraz medytacje. 

A propo filmów, może wymienię parę propozycji w tematyce porodowej, które na mnie wywarły największe wrażenie (na poważnie, ale też z dystansem):

A w tematyce poporodowej:

Poród

Od pierwszych skurczy przepowiadających do rozwiązania minął prawie tydzień. Tyle według mnie trwał poród. Odwiedziła nas położna, która potwierdziła, że już się zaczyna. Myślę, że był to moment, w którym gdybym zachowała się jak większość kobiet i pojechała do szpitala, to już bym tam została z podpiętą oksytocyną, bo po co czekać na naturalne rozkręcenie porodu. Położna natomiast sprawdziła rozwarcie i nauczyła, jak się to robi mojego męża. To była oznaka pięknej współpracy, nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek lekarz był w stanie podzielić się swoimi kompetencjami z niemedycznym partnerem rodzącej. My uznaliśmy, że to czas na rozłożenie basenu w kuchni i napełnianie go wodą, bo zgodnie z wcześniejszą próbą wiedzieliśmy, że może to zająć sporo czasu. Basen towarzyszył nam więc przez kolejnych parę dni, jeszcze bardziej utrudniając mi poruszanie się po niewielkim mieszkaniu. Pierwszego wieczora nawet przeszliśmy próbę porodu, zaprosiliśmy moją przyjaciółkę, którą pierwotnie chciałam przy porodzie. Spędziliśmy miło czas i liczyliśmy moje delikatne skurcze, ale kończyło się na wyciszeniu i pożegnaniu się koło północy.

Zdjęcia pochodzą z próby basenu, około półtora miesiąca przed porodem,
co oznacza, że brzuch z dzidzią jeszcze sobie urósł…

Po trzech dniach okazjonalnych niezbyt bolesnych skurczy, zaczęłam przeciekać czymś, co mogło być wodami płodowymi. Chociaż położna twierdzi, że błony płodowe pękły na partych. Trwało to kolejne trzy dni, aż na koniec zaczęłam delikatnie krwawić. Nieco mnie to stresowało, bo wiedziałam, że w przypadku odejścia wód w szpitalu ruszają procedury poganiania postępu porodu. Ale moja położna była akurat zajęta inną rodzącą, więc kazała jedynie obserwować i dzwonić w razie porządnego odejścia wód.

Cały ten czas stosowaliśmy więc znane naturalne rozkręcacze porodu. Były spacery, czułości z mężem, dużo otwierających miednicę pozycji jogi, masaże olejem z wiesiołka, herbatki z liści malin, aromaterapia, medytacje namawiające bobasa do wyjścia, a ostatniego dnia przed porodem wycieczka na targ 🙂 Moim medytacyjnym odkryciem ostatniego przedporodowego popołudnia, było poczucie, że pojawianie się skurczy, nie pochodzi z mózgu, a już na pewno nie z jego świadomej części, a z serca. I udało mi się, skupiając się na przesyłaniu energii z serca do macicy wywołać parę skurczy. To było w sobotę po południu. Kazałam mężowi położyć się spać wcześniej, o 21, żeby miał siłę jakby czekała nas nieprzespana noc. Sama nie dałam rady spać, mimo że skurcze były raczej bezbolesne i nieregularne. Postanowiłam przetestować znaną wśród położnych zasadę — idź pod prysznic, jak skurcze ucichną tzn. że jeszcze to nie poród, a jak tak to po prysznicu się rozkręci.

Tak więc po godzinnym prysznicu byłam tak rozluźniona, że postanowiłam się jednak położyć. Leżałam może 10 minut i niedługo przed północą dostałam takiego skurczu, że rzeczywiście zabolało. To myślę, poczekam. Po chwili znowu, ale taki, że momentalnie wyskoczyłam z łóżka. Zrobiło mi się słabo, niedobrze, obudziłam chłopa i pobiegłam do toalety na naturalnie wywołaną lewatywę. Potem był telefon do zaspanej położnej, która wolała się upewnić czy na pewno musi już przyjeżdżać. Byłam pewna, że to już. Mąż zajął się uzupełnianiem basenu gorącą wodą, po czym odkrył, że uchodzi z niego powietrze. Na szczęście pamiętałam, gdzie schowaliśmy łatkę dodaną do zestawu i uspokoiłam panikę męża;) Potem emocje stopniowo opadły i przeszłam w tryb wsłuchiwania się we własne ciało, by dobrać w miarę przyjemną, wygodną pozycję. Po niecałej godzinie przyjechała położna. Zbadała rozwarcie i posłuchała serduszka. W czasie skurczy siedziałam sobie wygodnie okrakiem na poduszce z łuską gryki lub nico poruszałam góra dół, skupiając się na oddychaniu przeponowym. Pomiędzy skurczami rozmawiałyśmy sobie o mojej wyprawce do wielopieluchowania, własnoręcznie uszytych otulaczach wełnianych, szyciu w ogóle i innych artystycznych zapędach. Gdy wreszcie basen był gotowy, mąż zadbał o odpowiednią atmosferę, co nie było takie trudne w środku nocy. Przyciemnił światło nad kuchennym blatem i włączył laptop z muzyką charakterystycznych metalowych ufo-bębnów zwanych Hang Drum. Kompletnie nie było tego w planach, miałam przygotowane playlisty, wcześniej słuchaliśmy głównie indiańskich rytmów. Ale taka muzyka przyszła spontanicznie i była idealna, taka uziemiająca, rytmiczna i o pięknej barwie. Nawet słucham jej teraz, pisząc, bo bardzo przyjemnie mi się kojarzy. Przyjmowałam w basenie wygodne pozycje, nie byłam niczym skrępowana i byłam naga, jak natura chciała. Do pomocy miałam ręce męża. Najbardziej przydatny okazał się czuły dotyk, regularny łyk zimnej wody po każdym skurczu oraz okład z mokrego zimnego ręcznika na kark lub czoło. Położna kimała sobie na kanapie w pokoju obok. Była jednak czujna i nasłuchiwała, jak rozwija się sytuacja. Tak minęło nam około 3 godzin, gdy położna już po raz któryś zaproponowała badanie na kanapie. Powiedziałam, że ok zaraz jak i tak będę wychodzić na siku.

Nie doczekałam tego momentu, poczułam, jak skurcz przechodzi w party i momentalnie wyskoczyłam z basenu. Położyłam się na kanapie. To było jedyne bolesne badanie, rozwarcie było już prawie pełne. A potem był najboleśniejszy skurcz, jaki pamiętam. Nie w wodzie, tylko leżąc na plecach, bo położna zaproponowała, że mogę sobie chwilę poleżeć, odpocząć… Dopiero wtedy zrozumiałam, jak wielki musi być ból porodu w konwencjonalnych warunkach. Szczególnie że był to też moment kryzysu często pojawiającego się przed ostaniom prostą. Jak tylko skurcz minął, pobiegłam do mojego bezpiecznego wodnego środowiska. Skurczy partych była może godzina, ale czas wtedy przestaje istnieć. Prawie wszystkie w najnaturalniejszej pozycji na czworaka, która mimo miękkiego dna basenu powodowała u mnie straszny ból kolan. Klimatu nadawała trwająca za oknami ulewa.  Położna nadzorowała, monitorując serce dziecka. Druga położna przyjechała do pomocy w idealny momencie, gdy główka była już bardzo blisko, a ja zachowywałam się nieco głośniej (to naprawdę dobre określenie, naturalny poród to nie ciągłe wrzaski i błaganie o litość jak w filmach, bliżej temu do dźwięków w trakcie zbliżenia). Nie byłam zachwycona, ale namówiły mnie do dotknięcia główki. Wyczułam coś bardzo miękkiego i śliskiego, co okazało się bujną czuprynką. Młoda wyskoczyła do wody na jednym, ostatecznym skurczu. A potem momentalnie położne wyciągnęły nas z wody…

Ostatnia faza porodu

Przeszyłam parę kroków w kierunku kanapy z dzieckiem na rękach, z pępowiną nadal połączoną z wnętrzem mojego brzucha. Położne położyły nas na kanapie, dość szybko nastąpił kolejny skurcz i urodziło się również łożysko. Okazało się, że już w basenie zaczęłam mocno krwawić, co jedna z położnych przez długi czas próbowała uspokoić uciskami brzucha. Bolało to bardzo, broniłam się nawet przed jej rękami, ale ufam, że wiedziała, co robiła. Mąż patrzył na wszystko z boku, dość przerażony. Marzenka leżała na mnie. Na brzuch dostałam worek z lodem. Dostałam też trzy zastrzyki z oksytocyny w udo. Były też dwie kroplówki z soli fizjologicznej. Krwawienie nie ustawało dość długo. Na tyle, że jedna z położnych już prawie dzwoniła po pogotowie, druga jednak wolała zastosować najpierw wszystkie znane jej alternatywne metody. Dlatego dostałam chyba jakiś lek homeopatyczny oraz kawalątek łożyska pod język (spytała, czy się zgadzam i powiedziała, że to zadziała hormonalnie). Ja byłam w stanie dość wyluzowanym jak na zaistniałą sytuację. Miks hormonalny w mojej krwi robił swoje. Przed oczami widziałam takie piękne, duże i błyszczące płatki śniegu latające przed moimi oczami. Ale dałam radę powiedzieć, że do żadnego szpitala nie jadę. W domyśle, póki nie stracę przytomności. Pamiętam też, jak Marzenka sama doczołgała się do mojej piersi i samodzielnie podnosząc główkę, przyssała się do cycka. Pomyślałam od razu, że silne to dziecko. Był też moment, gdy w ferworze walki jej nóżki znalazły się w roztapiającym się lodzie… Także zaliczyła od razu też swoje pierwsze morsowanie. W ostatniej chwili krwotok ustał, a położna jeszcze pomęczyła mnie zakładaniem szwów na nieduże otarcie, co jednak również pamiętam jako dość duży ból. Wreszcie, gdy mój stan się ustabilizował, położne mogły zająć się dzieckiem. Nie była myta, została ubrana w z trudem znalezione bez mojej pomocy ubranka (były w awaryjnie przygotowanej torbie do szpitala, a której istnieniu mąż zapomniał). Potem dosłownie przeczołgałam się do łóżka z niemałą pomocą i tam spędziłam kolejnych parę dni z nowo narodzonym i nowo poznanym przeze mnie małym człowieczkiem.

Czytaj ostatnią, trzecią część…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry