Zapraszam do ostatniej części lotosowej serii. Moje dosłowne otarcie się o śmierć sprawiło, że połóg stał się dla mnie dużo trudniejszym doświadczeniem, niż przypuszczałam. Przyczyny mojego krwawienia nie były jasne. Może dolanie gorącej wody do basenu niedługo przed rozwiązaniem, może mięśniak, a może historie rodowe lub układ gwiazd. Nie wiadomo. Przygotowałam się pod kątem wiedzy, posiłków na zapas w zamrażarce oraz kompresów na obolałe miejsca. Przed porodem zdążyłam nawet zrobić sobie sławną zupę mocy. Nie byłam jednak przygotowana na tak duże osłabienie organizmu, tak dużo krzyków dziecka i tak ciężkie emocje, które nie opuszczały mnie jeszcze długo po połogu.
Opieka nad lotoskiem
Marzenka urodziła się około 5 nad ranem, nikt nie spojrzał na zegarek, bo wszyscy byli zajęci ratowaniem mi życia. Położne zostały ze mną jeszcze parę godzin, żeby obserwować mój stan. Posprzątały po akcji, opróżniły basen i wyszły dopiero po 10. Zostaliśmy sami w całkiem nowej sytuacji.
Przez pierwsze cztery dni obie nie wychodziłyśmy z łóżka. Ja po prostu nie byłam w stanie. Byłam bliska omdlenia, nawet jeśli próbowałam jedynie usiąść. Ciągle bolała mnie głowa, co jeszcze bardziej utrudniało cierpliwość na płacz dziecka. Nie miałam przetaczanej krwi, jak pewnie byłoby to w szpitalu, z czego raczej się cieszyłam. Mój organizm musiał jednak pozbierać się sam, jedynie przy dostarczaniu dużej ilości płynów, zdrowego jedzonka i dużych dawek suplementów z żelazem. Mała i jej łożysko były ciągle przy mnie. Łożyskiem w zasadzie opiekowały się położne. Było owijane w kuchenne ściereczki, żeby je osuszać. I było włożone do zwykłej, plastikowej kuchennej miski. Nie sądziłam, że nie będę w stanie pokazać gdzie co mam, więc położne i mąż musieli radzić sobie sami. Potem zostało zasypane przygotowaną wcześniej przeze mnie mieszanką soli z suszoną lawendą. Moja położna bardzo o nas dbała i przyjeżdżała często na wizyty, jednak to mąż był moją największą opiekunką. Był moją salową, przewijał dziecko, prał te wszystkie zakrwawione rzeczy i podawał mi jedzenie, duże ilości jedzenia i picia. Największe wsparcie z zewnątrz mieliśmy w przyjaciółce Madzi. Przyjeżdżała gotować pyszne jedzonko, a nawet piec ciasta, czym zresztą niedawno zaczęła zajmować się zawodowo. Tylko dzięki niej byłam w stanie przetrwać pierwsze tygodnie, a nawet miesiące, gdy mąż musiał już chodzić do pracy.

Nie ma co ukrywać, że byłam w kiepskim stanie fizycznym, a do tego dochodziły normalne atrakcje połogowe. Czyli ból brzucha w trakcie karmienia, poranione obolałe sutki, pocenie się, gorączka trzeciego dnia przy okazji nawału pokarmu i niemalże brak snu. Trudno się dziwić, że nawiązanie dobrej relacji z córką szło mi opornie. Myślałam, że będziemy przytulać się do siebie i spać. Tymczasem ona ciągle chciała gryźć mojego cycka i kopać mnie po brzuchu. W ogóle się o nią nie martwiłam, miała setki razy więcej siły i energii ode mnie. Pępowina rzeczywiście nieco utrudniała poruszanie się z dzieckiem, ale jedyne czego potrzebowaliśmy to przekładać ją nade mną na drugą stronę, żeby zmieniać pierś. I musieliśmy to robić we dwójkę. Ale miało to przecież służyć nawiązywaniu lepszej więzi z dzieckiem, które nie tak łatwo jest zabrać od matki. Pępowina była dość krótka i szybko zrobiła się bardzo sztywna. Czwartego dnia po porodzie nabrałam na tyle sił, że byłam w stanie usiąść, pierwszy raz karmić na siedząco, a nie na leżąco, a nawet samodzielnie pójść do łazienki. Wtedy przełożyliśmy już dość suche łożysko do bawełnianej torby, żeby umożliwić noszenie go przez jedną osobę razem z dzieckiem. Jednak tego samego dnia po południu przyszła położna i przy okazji pobierania krwi z piętki na badanie przesiewowe, troszkę pomogła odpadnięciu pępowiny. Więc było tylko krótkie “oj, odpadła”, bez jakiś innych zauważalnych oznak. Dobrze się złożyło, bo obie babcie już przebierały nogami, żeby jak najszybciej zobaczyć swoją pierwszą wnusię. Także lotosowe narodziny rzeczywiście tworzą parodniowy bufor przed osobami, które nie zrozumiałyby takiego rodzaju postępowania poporodowego, tak jak to było w przypadku moich teściów. Wystarczy, że musieliśmy dla własnego dobra ukrywać przed nimi plany porodu domowego. Przyjazd mojej mamy na kolejny tydzień, mimo że zdawało mi się, że rozumiemy się całkiem dobrze w wielu kwestiach, uruchomił we mnie najcięższe emocje. Płakałyśmy z córką na zmianę, a czasem jednocześnie. W mojej głowie działy się niesamowicie trudne rzeczy. Zdecydowanie były to początki depresji poporodowej, z którą przyszło mi się mierzyć niemalże przez kolejny rok. Ale dzięki nieocenionemu wsparciu męża, a potem pomocy dziadków w opiece nad córką oraz wydaje mi się też dość dużej samoświadomości, udało mi się wrócić do siebie.
Kwestie medyczno-zdrowotne dziecka urodzonego w domu
Rodząc w szpitalu, matka z dzieckiem są pod ciągłą obserwacją i opieką personelu medycznego. Dla jednych może być to zaletą, bo odciąża matkę z ciągłej czujności, gdy ona marzy tylko o tym, aby odpocząć po ciężkim porodzie. My jednak wzięliśmy na siebie niemalże pełną odpowiedzialność za zdrowie dziecka od pierwszych sekund jej życia. Nie pozwalając tym samym na jakiekolwiek procedury, które w szpitalu wykonywane są dla wszystkich z automatu. Wiązało się to z tym, że musieliśmy zamówić wizytę prywatną lekarza neonatologa, by obejrzał dziecko. Dostał pieniążki, więc był dość pobłażliwy. Zrobił szybki przegląd i wypisał oświadczenie o dobrym zdrowiu dziecka. Wyraził tylko lekkie niezrozumienie dla tak długiego pozostawiania łożyska i zalecił jedno szczepienie na wzwb, które według niego jest najbezpieczniejsze i dość potrzebne. Proponował witaminę K, ale nie namawiał. Badaniami przesiewowymi, obserwacją dziecka przez pierwsze tygodnie i wystawieniem całej papierologii zajęła się nasza położna.
Nie mieliśmy żadnych problemów z pępkiem, nie było żadnych oznak stanu zapalnego, póki pępowina była nadal przyłączona do brzuszka. Chwilowy stan zapalny z ropą pojawił się około tygodnia po odpadnięciu pępowiny i szybko został opanowany środkami antyseptycznymi. Zdarza się to również przy „normalnych” kikutach pępowiny.
Karmienie piersią i żółtaczka
Dziecko lotosowe ze zdrowej i zadbanej ciąży miało być silne. Po jej żywiołowości można było zobaczyć, że z pewnością nie brakowało jej życiowej energii. Mogła spać o wiele mniej, niż potrzebowała matka. Spała niemalże wyłącznie z cyckiem w buzi lub na mnie. Do dzisiaj zresztą lubi się na mnie zdrzemnąć. Jednak przespała jedną całą noc, mając chyba około tygodnia. Według oceny położnej wynikało, że to przez żółtaczkę. Jedynym jej zaleceniem było dużo karmić, zwłaszcza że mała długo nie wracała do wagi urodzeniowej. Uznałam, że widocznie potrzebuje na to więcej czasu, a może mój osłabiony organizm nie dawał rady z produkcją wystarczającej ilości dość kalorycznego pokarmu w stosunku do jej potrzeb. Jednak gdy tylko poczułam się lepiej, zdecydowaliśmy się pojechać do lekarza podciąć wędzidełko, które mogło być przyczyną trudności w jedzeniu. Wróciła do wagi urodzeniowej po miesiącu. Dla porównania w szpitalu dokarmianie mieszanką może wjechać już 3 dnia nieprzybierania na wadze, jak to miało miejsce w przypadku mojej mamy i mnie. Dodatkowo dochodzi straszenie słabym pokarmem, w momencie gdy laktacja jeszcze się na dobre nie rozkręciła. Starałam się dowiedzieć jak najwięcej o karmieniu przed porodem, ale nic nie jest w stanie przygotować na ten hardcore. Zdecydowanie pomogła moja natura upartego byka, a wiedziałam, że tylko karmienie 100% naturalne wchodzi w grę. Spodziewałam się zapalenia piersi i miałam w zamrażarce liście kapusty, które razem z zimnymi prysznicami szybko uratowały sytuację. Miałam krem z lanoliny na sutki, ale nie za bardzo miałam kiedy smarować, bo prawie ciągle były w użyciu. Tak jak wielu innym matkom, pomogła mi strona hafiji, gdzie znajdowałam wszystkie odpowiedzi na moje laktacyjne pytania. W końcu wyszłyśmy na prostą i zostałyśmy w tej bardzo bliskościowej relacji przez kolejnych 20 miesięcy pomimo wielu kryzysów.
Dziecko lotosowe

Przy podejmowaniu decyzji o lotosowych narodzinach dowiadywałam się, jak przekłada się to na charakter dziecka. Miało być pewne siebie i charakterne, co mimo bycia wyzwaniem uważałam za pożądane cechy. Niektórzy piszą o dzieciach zrównoważonych, mniej zestresowanych i odważniejszych. Wszystkie te cechy mogą zależeć również od wychowania i charakteru danego człowieka. Najbardziej pozytywne cechy mojej córki, jakie już w tej chwili można dostrzec to wyjątkowa jak na dziecko cierpliwość, wysoka wrażliwość oraz duża komunikatywność. Widać, że jest bacznym obserwatorem. W kontaktach z obcymi jest bardzo zachowawcza, w szczególności z innymi dziećmi, a wszelakich mężczyzn unika jak ognia. Co do zdrowia, to też jej dopisuje, na co myślę, że złożyło się wiele naszych wcześniejszych decyzji.
Teksty o porodach lotosowych obiecują również spokojne niemowlę z racji łagodnego przyjścia na świat, co w naszym przypadku nie okazało się prawdą. Przypuszczam dlaczego. Mój początek jako nowo narodzonej matki nie należał do spokojnych. Moje fizyczne wyczerpanie pogłębiało irytację i nakręcało inne negatywne emocje, które bez wątpienia miały duży wpływ na małą. Długo żyłyśmy w dość konfliktowej relacji z jednoczesnym wzajemnym uzależnieniem od siebie. Marzenka płakała, a wręcz krzyczała niezmiernie często i długo. Bliskościowe poradniki mówiły, że przytulanie i karmienie piersią daje dziecku ukojenie w płaczu i spokój. Moje dziecko płakało tak samo leżąc jak i będąc przeze mnie noszone, co wywoływało narastającą frustrację. Momentami odpoczynku miał być sen niemowlaka. Tyle że sen naszego niemowlaka wymagał nieustannego bujania np. w nosidełku, noszenia lub leżenia na nas, jedynie w pionie. Może przyczyną był refluks, może moje zdenerwowanie, a może po prostu próba ognia, którą mieliśmy przejść jako nowi rodzice. Co by to nie było, niesamowite jest to, że po takich przejściach byłam w stanie myśleć o lotosowym rodzeństwie.
I tak kończymy opowieść w momencie, gdy za kolejne 8 miesięcy prawdopodobnie będę doświadczać macierzyństwa na nowo, ale już bogatsza w bardzo trudne, ale jednocześnie bardzo wzmacniające wydarzenia i przeżycia. Dodatkowo wylanie z siebie całej tej historii, wejście na nowo w te trudne doświadczenia, tym razem już z pewnego dystansu, było dla mnie świetną terapią.
Także jedyne co jest według mnie pewne, to to, że dostaniemy właśnie takie dziecko, jakie będzie najlepsze z punktu naszego rozwoju.
